Ban na banany

Czyli dlaczego nie mogę jeść bananów. Teoretycznie, nie powinnam.

Tak wynika z listy zaleceń, łaskawie wydrukowanej i podarowanej mi przez Tatę. Zalecenia te dotyczą radzenia sobie z Zespołem Jelita Drażliwego (ZJD, powszechnie używany jest też angielski skrót IBS).

Choroba ta dotknęła mnie (i nie chce puścić) około roku temu. Od tamtej pory prawie każdy posiłek jest okupiony mdłościami i bólem brzucha, i ogólnym dyskomfortem zarówno fizycznym jak i psychicznym. Bo ile wieczorów można spędzić na kuleniu się na łóżku, dopóki cię szlag trafi?

Jest tych wieczorów ograniczona liczba.

Jeszcze gorzej, kiedy kulenie się przytrafia się rankiem. Budzi się człowiek, zjada śniadanie – przyzwoita rzecz do zrobienia rano. I zaczyna się koszmar.

Rozumiem, gdyby było to po spożyciu pełnego angielskiego śniadania (bo cholesterol) albo podejrzanego, przetworzonego deserku typu Monte. Ale mandarynki i zupa z dyni? Przecież one są kompatybilne nawet pod względem koloru. Nie powinny wywołać żadnych rewelacji żołądkowych.

Winę trzeba zatem zwalić nie na nieprawidłowe wybory względem diety, a czynnik bardziej niezależny od człowieka. W wielu przypadkach winny jest właśnie Zespół Jelita Drażliwego.

Gdzieś przeczytałam, że w pewnych kręgach ZJD nazywa się również “chorobą ambitnych nerwusek”. Cierpią na nią bowiem głównie kobiety. Ponadto często jest wywoływana przewlekłym stresem i zamartwianiem się. Dodatek “ambitnych” można więc wytłumaczyć tym, że obecnie ludzie często żyją w niepewności, czy są wystarczająco dobrzy.

(Warto zauważyć istnienie teorii, że Szwedzi należą do najszczęśliwszych narodów na świecie ze względu na ichnią kulturę przeciętności, czyli czerpanie przyjemności z niewyróżniania się).

Pozostaje zatem kwestia banu na banany, produktu potencjalnie wywołującego niepożądane objawy u osób z ZJD. Czy powinniśmy unikać bananów? Czy, jeżeli bardzo kochamy banany i nie chcemy z nich zrezygnować, poszukać sposobów na pozbycie się ZJD?

Jeśli wybieramy tę drugą opcję, jak tego dokonać? Przestać być ambitną nerwuską?

OK. Od teraz będę tak próbować. Wiem, że mój blog jest przeciętny, i takim chcę go utrzymać.

Moje bieganie

Czyli jak to się zaczęło i czemu nadal, po prawie dwóch latach, to robię.

Zacznijmy od samego początku (jak nakazuje rozsądek, nie jesteśmy wszak Benem Buttonem). Pierwsze kroki na biegowej ścieżce postawiłam w marcu 2015, a było to kiedy jeszcze uczyłam się w szkole z internatem, ulokowanej głęboko w angielskiej wsi. Dookoła miałam morze, las, pola, wrzosowiska, oraz bardzo wiele owiec. Niewiele natomiast sklepów, zero kin, a najbliższa wioska była pół godziny spacerem i mogliśmy do niej chodzić wyłącznie w soboty i niedziele.

Zważywszy na bogactwo zasobów naturalnych i nadzwyczaj urodziwe krajobrazy, oczywistą opcją jeśli chodzi o spędzanie wolnego czasu stało się bieganie. Do takiego wniosku doszliśmy z resztą znajomych z Polski (biegać zdarzało nam się najczęściej w ściśle polskim gronie) i zaakceptowaliśmy go jako nieco uciążliwą, ale nieuchronną prawdę. Miała ona jednak swoje zalety.

Nie będę rozpamiętywać tu swojego pierwszego biegu, mimo że bardzo dobrze go pamiętam. Niczyj to jednak interes, nie będę zanudzać. Jeśli jesteście ciekawi, po prostu spytajcie.

Bardziej istotne jest to, dlaczego w ogóle decyduję się kontynuować bieganie, i czemu poleciłabym go spróbować każdemu napotkanemu człowiekowi.

Przeczytałam kiedyś taki artykuł, wydany na łamach jakiegoś czasopisma w stylu VITA albo Runner’s World, który nosił tytuł “Bieganie i czytanie”. Autor (mężczyzna) bardzo rozsądnie uzasadnił, że zajęcia wymienione w tytule to dwie kluczowe czynności pozwalające zachować zdrowie psychiczne. Innymi słowy, jego argument brzmiał:

Jeśli chcesz pozostać przy zdrowych zmysłach, biegaj i czytaj.

I ja się z nim zgodzę! Przede wszystkim, bieganie świetnie oczyszcza mentalnie. U mnie najlepiej to działa, kiedy nie słucham przy tym muzyki. Tak jak dziś, po prostu biegnę przez opustoszały park (przecież jest zima) i pozytywne myśli same do mnie przychodzą, a negatywne uciekają. Wszelkie zmartwienia gdzieś znikają, a jeśli zjawiają się w głowie, to dotleniony mózg jest w stanie świetnie sobie z nimi poradzić. W try miga wymyślam rozwiązanie nawet najbardziej skomplikowanych problemów.

Poza tym, po bieganiu nigdy nie mam wyrzutów sumienia, kiedy coś jem. A to jest mega plus. Ponadto, ćwiczenia fizyczne, zwłaszcza na łonie natury, nadzwyczajnie motywują do zdrowego trybu życia. Chcemy dawać z siebie jak najwięcej podczas biegu, to musimy dobrze dbać o maszynę, jaką jest nasze ciało. I taka motywacja jest i za darmo, i nie wymaga psychicznego wysiłku.

Z tym czytaniem autor też miał rację, bo – jak stwierdził – jeszcze nie ma takiego problemu, o którym ktoś by książki nie napisał. Podobnie jest z filmami. W fikcji można znaleźć wiele podobieństw między swoimi rzeczywistymi problemami, i zapoznać się z cudzymi refleksjami na ich temat. Dlatego bujanie w alternatywnej rzeczywistości rzadko kiedy jest stratą czasu.

(Postaram się odszukać dokładne źródło tego artykułu. Na pewno zalega gdzieś wśród stosów moich czasopism, piętrzących się obok łóżka).

Nowa seria: zdrowy(ish) styl życia

Odstąpmy od przekornych i wyśmiewczych felietonów i zajmijmy się tematem, który zdaje się być równie praktyczny, co ponura rzeczywistość – zdrowy styl życia.

Polak nawet o tym potrafi pisać z przekąsem, jednak temat sportu i zdrowego odżywiania nie schodzi z ust naszych rodaków, i to w każdym wieku. Modnym stało się być aktywnym i spędzać nadzwyczaj dużo czasu na codziennych zakupach, analizując etykiety i wyszukując produkty bio i organiczne – oczywiście w jak najlepszej cenie.

(Tu przypomina mi się scena z 135. odcinka Rodzinki.pl, kiedy Ludwik robi interes życia na dwulitrowych słoikach flaków i bliżej niezidentyfikowanych liofilizofanych potrawach w jednorazowych kubkach).

Jako że od początku niniejszy blog miał służyć jako swoisty zeszyt ćwiczeń, zdecydowałam się próbować nowych rzeczy. Tematyka wpisów najbliższego tygodnia nie jest przypadkowa (być może dyktowana od dawna kontestowanym Przeznaczeniem?), bowiem myśl zadedykowania każdych siedmiu wpisów oddzielnym zagadnieniom przyszła mi w trakcie, uwaga, dzisiejszego biegu.

Tak, w dniu dzisiejszym wybrałam się na bieg: pierwszy od przeszło dwóch tygodni. Ludzie są powszechnie świadomi faktu, iż w ciągu ostatnich dwóch tygodni wiele się wydarzyło: mieliśmy Wigilię, Boże Narodzenie, Sylwestra, parę dni na zrobienie postanowień noworocznych, kaca, i większość Polaków musiała wrócić do pracy. Rzucamy się z powrotem w wir żmudnych obowiązków, a myśl dzielenia się tym, co mamy, i dobrem płynącym z naszych serc, leci na łeb, na szyję.

W szkołach kończą się semestry i każdemu uczeń spędza sen z powiek bolączka nad ocenami na półrocze i głowienie się nad tym, jak w ostatniej chwili je poprawić.

W pracach… Nie wiem co się dzieje w pracach, bo do takowej nie chodzę. Niektórzy mają jeszcze wolne. Dla nich taki terminarz jest na rękę, bo mają tydzień, w którym mogą uporządkować sobie w głowie zamiary na przyszły rok (o ile takie poczynili) i rozkoszować się tym, że inni muszą wstawać rano, a oni nie.

W każdym razie poszłam na ten bieg i wpadłam na ten pomysł. Dlatego następny wpis będzie o czymś konkretnym: o bieganiu. Na cześć sportowych rękawiczek i zamarzających palców u stóp!

Dylemat gier

Gry komputerowe. Krytykowane za pochłanianie cennego czasu młodych ludzi. Czasu, który mógłby być przeznaczony na to, co szerzej określa się mianem “rozwój”. Zamiast zamykać dziecko w pokoju z napędem CD, powinno się je wysłać na odkrywanie świata.

Czy granie na komputerze przez dorosłych to również strata czasu?

Dla tych, którzy zajmują się grami profesjonalnie, to tylko kolejny element pracy.

Jednakże większość ludzi na codzień zajmuje się czymś istniejącym w materialnym świecie. Takie spędzanie czasu w rzeczywistości wirtualnej nie może zatem przynieść im żadnych potencjalnych korzyści.

No chyba, że zauważymy fakt, że wpływ na produktywność ma również psychiczne nastawienie człowieka.

Wiele rzeczy odmóżdża w takim samym stopniu, co gry komputerowe, ale dużo rzadziej się je krytykuje. Powiedzmy: kolorowanki – żadnych korzyści! Tylko nadgarstek cierpi. Odchwaszczanie – odmóżdżanie! Ale dodaje aktywności fizycznej do rozkładu dnia.

Spytana zatem o korzyści płynące z gier, powiedziałabym: korzyści istnieją. Ale mogą być okupione krótkowzrocznością, suchością oka, zwiększonymi rachunkami za prąd, oraz krzywizną kręgosłupa.

Zagrożenia, takie jak: bycie uznanym za dziecinnego, powinny zostać zignorowane. Nikt nie wejdzie komuś do pokoju i podejrzy, że gra w Wormsy. Chyba, że człowiek, opętany szałem dzielenia całości swojego życia na mediach społecznościowych, podzieli się tym faktem przez fotkę na Instagramie.

Ale nie musisz tego robić. Ja natomiast muszę ochłonąć po mojej godzinnej sesji gry w Simsy.

Rozpoczęcie bez nadziei

Poranek 1 stycznia wygląda inaczej dla każdej grupy ludzi.

Niektórzy zaczęli go z kacem. W tej sytuacji najlepszym wyjściem jest udać się do knajpy na kacburgera, bądź zużytkować cały zapas jaj na stawiającą na nogi jajecznicę.

Niektórzy nie dostrzegli różnicy między nocą a porankiem, bo nie dali rady zasnąć. Prawdopodobnie zmagają się z przewlekłym stanem, który ciężko określić; fraza “życiowe zmulenie” nie byłoby dalekie od prawdy. Całą noc spędzili rozkminiając sens życia i wyrzucając postanowieniom noworocznych ich bezsens i krótkotrwałość.

Inni poszli spać o pierwszej w nocy, wstali z lekkim tylko zmuleniem i dającym się zignorować bólem głowy, a potem starali się zdecydować, czy warto dziś zjeść śniadanie. Wszak pierwszy posiłek roku ma potencjalnie spore znaczenie – w myśl stwierdzenia “jesteś tym, co jesz”. Strach przed błędem popchnęła ich najpierw do spożycia szklanki wody, przygotowania herbaty, a dopiero potem sięgnięcia do lodówki po spoczywające w niej od Świąt pomelo (podobno lekkostrawne).

Po przekąsce stworzonej z pomelo uznali, że Nowy Rok najlepiej rozpocząć, robiąc sobie zasłużony odpoczynek, wszak trzeba skumulować siły na następne 365 dni. Zamknęli się zatem w pokoju, uznając, że może najdzie ich wena na poczynienie postanowień na pozytywne zmiany w swoim życiu. Zabrali się także za realizowanie zawsze aktualnego celu, czyli czytanie więcej. Wskaźnik na barometrze motywacji uniósł się o dwa milimetry w górę.

W międzyczasie przez ich pokój przewinął się lekki obiad, kilka kostek gorzkiej czekolady, przekąski i bogate w potas owoce. Przecież siła, także mentalna, pochodzi z jedzenia.

Czy motywacja, gify, i filmiki uśmiechniętych blogerek na YouTube to naprawdę to, czego potrzeba nam w Nowy Rok? Czy postanowienia noworoczne to nie gwałtowne wspinanie się w górę, aby prędko po pierwszym-drugim wzniesieniu spaść z niej na cztery litery?

Może po prostu niech każdy zajmie się tym, co do tej pory robił. Tylko trochę lepiej. Bo nie o to chodzi, żeby co roku startować na nowo, tylko dlatego że na ścianie pojawia się zeszyt z nowymi obrazkami i liczbą 2017 na okładce.

Bo stare przysłowie ludowe głosi: gdzie są oczekiwania, tam jest rozczarowanie. A gdzie jest bezmyślność i automatyczność, tam są efekty. Czy jakoś tak.

Zakończenie z nadzieją

W Sylwestra można zrobić tak: machnąć na wszystko ręką, sięgnąć po kieliszek czegoś mocniejszego i dobitnie i oficjalnie uznać stary rok za stracony. Trochę to działa pozytywnie na duszę, bo wtedy człowiek łatwiej reaguje na nowy rok z entuzjazmem: skoro 2016 był do kitu, to 2017 prawdopodobnie gorszy nie będzie.

Można się też wysilić umysłowo i przez ostatnie kilka godzin tego roku znaleźć jak najwięcej pozytywnych zmian, które nam się przydarzyły. Nam – jako osobie, nam – jako krajowi, nam – jako światu. Wybór wedle uznania.

Wczorajsze pójście na zakupy zwróciło moją uwagę na zmiany, jakie dokonały się w ciągu ostatnich 2-2.5 roku na polskim rynku konsumenckim. Po wizycie w supermarkecie zdałam sobie sprawę, że różnorodność (oraz jakość!) dostępnych produktów jest oszałamiająca. Krewetki w sosie jogurtowym? Sznycle po cygańsku do odgrzania? Czekolada nadziewana piernikiem i śliwkami? Wszystko jest!

Ludzie narzekają na brak wolności, ale wolność konsumencka jest obecnie w Polsce na najwyższym poziomie.

Tyle by było, jeśli chodzi o supermarket. (Konkretnie: delikatesy Piotr i Paweł. To dobry sklep, a zmiany najlepiej podpatrywać u czołówki. Dzięki temu nadganiamy – i przemy wciąż do przodu).

Po wizycie w galerii (Toruń Plaza) wyciągnęłam taki wniosek: gazetka Skarb sprzed roku miała rację, i ta racja jest nadal aktualna – Polacy chcą być zdrowsi. I to nie tylko zdrowsi w sposób: kupuję organicznie, a w kuchni stosuję makrobiotykę. Polacy szczególnie chcą być fit, a sklepy na to pragnienie odpowiadają – kombinezony do biegania i legginsy na siłownię wędrują na przecenę. I to bardzo dobrze, bo napędzają jeszcze trend ku zdrowiu.

Brawo, sklepy! Brawo, Polacy!

W końcu jak lepiej zmienić społeczeństwo, jak nie zaczynając od siebie? A w zdrowym ciele, zdrowy duch. Dotlenione mózgi działają sprawniej, to wie każdy. Może więc ten utrzymujący się już od dosyć dawna trend będzie miał niespodziewane efekty?

Pęd ku lepszej jakości życia może mieć wystarczającą siłę, by przywrócić równowagę w naszym kraju.

Bo czasem człowiek coś robi, robi, a potem nagle jest szczęśliwy i zupełnie nie wie czemu, a to dlatego że się nad tym nie zastanawiał i po prostu robił swoje.

Bo robienie swojego to najpewniejszy sposób, żeby poczuć się szczęśliwym. Choćby przez krótki moment.

Dej Off

Uff. Cztery dni pod rząd to sporo jak na sam początek felietonowania.

Jako że dziś wyprawiam urodziny, to od rana mam głowę zajętą odkładaniem na miejsce losowo rozrzuconych po mieszkaniu przedmiotów i decydowaniem, w jakim układzie rozłożyć przekąski na stole.

Dlatego głowa nie ma już siły napędowej na myślenie felietonistyczne i zarządza dzień przerwy. Wróci w Sylwestra.

Miłego 30 grudnia.

Marność vs Wyższa Forma Życia

Święta sprzyjają jedzeniu, a jedzenie sprzyja myśleniu. Jak to jeden mój wykładowca lubi ujmować: food is good for thinking with.

Wiemy jednak, że nadmierne myślenie nie jest dobre. Człowiek zbyt zagłębiony w filozoficzne rozważania sięga do ich ciemnego dna, z którego muł nigdy nie powinien być odgarniany. Mam na myśli sens życia.

Nauki ścisłe nie są nam w stanie powiedzieć, po co powstało życie na ziemi. Każdy z nas musi pogodzić się z jego odgórnym bezsensem i samemu sobie wymyślić misję, którą chce realizować na przestrzeni swoich kilkudziesięciu lat spędzonych na Ziemi.

Dla jednej grupy ludzi życie to nieustanne zmaganie się z przeciwnościami losu. Kryterium oceny minionego dnia staje się to, czy wykonaliśmy w tym czasie coś pożytecznego. Przydatne w ocenie są wówczas listy obowiązków: im więcej zadań odhaczonych z listy, tym lepiej możemy ocenić nasz dzień. A leżąc już w łóżku, poklepać się po ramieniu i powiedzieć sobie: “kolejny chujowy dzień. Jestem z siebie taki dumny, że przez niego przebrnąłem”.

Druga grupa ludzi patrzy na pierwszą krytycznie. Ci drudzy uważają, że w życiu chodzi o coś więcej niż umartwianie się, i większość dni (jeśli nie każdy) powinien sprawiać nam radość. Człowiek powinien czerpać satysfakcję z wykonywania swoich obowiązków, a poza tym robić czynności, które są czysto przyjemne. Takie połączenie hedonizmu z utylitaryzmem dyskwalifikuje postawę opierającą się na dążeniu do tego, by robić byle co, byle mieć za co żyć i być zdolnym wypełniać swoje powinności.

Ci, którzy chcą mieć z życia więcej satysfakcji, też podlegają krytyce ze strony pierwszej grupy: “czy oni nie chcą od życia zbyt wiele?”. Widzimy zatem, że niezależnie od tego, którą postawę wybierzemy, zawsze ktoś nas skrytykuje. Zawsze będziemy robić coś “źle”.

Tu wkrada się pytanie: czy jest coś takiego jak zły i dobry wybór? Moim zdaniem nie.

Trzeci dzień

Jest 27 grudnia.

Mieliśmy już Wigilię, pierwszy dzień Świąt, drugi dzień Świąt. Trzeciego dnia Świąt teoretycznie nie ma, ale resztki po świątecznej uczcie nadal królują w lodówkach większości naszych rodaków.

27 grudnia to zatem Czwarty Dzień Obżarstwa.

No chyba, że ktoś zdecydował się świętować Boże Narodzenie w niekonwencjonalny sposób, to znaczy: nie przygotowując okopów tradycyjnego jedzenia, jakby szykował się na wojnę nuklearną. Albo nie świętował w ogóle, bo chrześcijańskie tradycje nie są ani trochę bliskie jego sercu.

W moim domu trzeci dzień Świąt wygląda tak: rano jest cisza. Ojciec wychodzi do pracy, matka do sklepu, a brat nie czuje się w obowiązku wstawać z łóżka przed 13. Mam więc sporo czasu dla siebie.

Przychodzi moment na powtórne przyjrzenie się bożonarodzeniowym prezentom, analiza stanu zapasów ciasta, oraz przegląd planów towarzyskich na resztę miesiąca. A gdy dokonam już tego wszystkiego, w wolnej chwili wkrada się do znudzonego umysłu myśl: po co było to wszystko?

Spośród członków rodziny tylko jedna osoba regularnie chodzi do kościoła, i to bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby duchowej. Wigilia jest bardziej okazją do stresów i wątów, niż do zacieśniania rodzinnych więzi. Zatem wszystkie atrakcje Bożego Narodzenia tracą swój sens.

Dzielenie się opłatkiem, sianko pod obrusem, śpiewanie kolęd w kościele – odhaczone. Ale czy miało to znaczenie dla naszych skażonych ateizmem serc?

Siedzenie przy stole i smakowanie specjałów – czy ma to znaczenie, jeśli żadne z nas nie lubi się objadać, a człowiek, który je najwięcej jest pozbawiony zmysłu smaku?

Wszystkie te rozważania skłoniły mnie do podjęcia nieodwołalnej decyzji – za rok nie świętuję Bożego Narodzenia. W tym roku było nietradycyjnie, a i tak nie było dobrze. Zatem problem musi leżeć w Wigilii.

Jak to mówią: nie można wciąż robić tego samego, i oczekiwać innych rezultatów.

Rzecz o urodzinach

Urodziny.

Razem czy osobno?

Urodziny to celebracja własnej persony. Raz w roku zwraca się uwagę na to, jak zajebiście, że przyszedłem na świat i jestem tutaj wśród was, ludzie. Zachwycajcie się mną.

Zorganizuję imprezę i oczekuję, że na nią przyjdziecie, zaśpiewacie mi piosenkę i przyniesiecie prezenty.

Inne podejście do urodzin to takie, że człowiek zaszywa się sam w swoim własnym świecie i dogłębnie kontempluje swoje istnienie. Jest to dzień na refleksje nad całym dotychczasowym życiem, może nawet ewaluacją swoich obecnych wartości i priorytetów.

Nasuwa się teraz pytanie: czy urodziny to czas dla samego siebie, czy dla świętowania z innymi?

Ja dziś spędziłam je i tak, i tak. Wstałam, o której chciałam. Zjadłam jogurt z makiem, choć reszta na śniadanie jadła jajka. Rozlałam wodę po całum stole, więc uciekłam i zamknęłam się w pokoju z książką i czekoladą.

W końcu przyszedł czas na “innych”. Wyszłam z pokoju i rzuciłam pytanie, kto idzie ze mną do parku. Jakbym już miała postanowione, że nawet jeśli nikt do mnie nie dołączy, to i tak sama pójdę. Ale wszyscy obecni w domu poszli ze mną.

Choć padało, wiedziałam że to mój dzień i żaden deszcz nie zepsuje mi nastroju. W końcu w domu czekały na mnie pyszna potrawka warzywna i tort czekoladowy.

A teraz zajmuję się tym blogiem i tym felietonem. To jest czas dla mnie, bo na tych felietonach właśnie mi zależy i robię je tylko dla siebie.

Czas dla innych przyjdzie potem. Jest 26 grudnia i wszystkie sklepy i instytucje są zamknięte. Nie ma innego wyjścia, jak siedzieć w domu i relaksować się przy herbacie w skromnym towarzystwie.